Wyniki wyszukiwania frazy: ślepnąc od świateł. Strona 10 z 666. Nutka67 Wiersz 2 kwietnia 2010 roku, godz. 2:13 7,9°C Od nowa Gdzieś w zamyśleniu odpłynęłam
Study with Quizlet and memorize flashcards containing terms like gritty account of sth, seductive details, sunk cost and more.
#dario #poziomka #greenscreenOryginał "Ślepnąc od świateł - Poziomka, Kasa, wódeczka" : https://www.youtube.com/watch?v=QFk5u8_NMqgDla odmiany sama buźka (in
Ślepnąc od świateł / Blinded by the Lights - follows the story of a cocaine dealer's seemingly perfectly organized life that takes a turn and descends into
. Tydzień z życia warszawskiego dilera opowiada o niczym. A Skonieczny z Żulczykiem i tak zrobili ze „Ślepnąc od świateł” najlepszy serial tego czym to jest? Chodzę i pytam każdego, kto widział już Ślepnąc od świateł. Od życzliwych słyszę, że zdjęcia piękne, że dzieło eksperymentalne, że takiego serialu jeszcze nie było. I już niemal obowiązkowe: jak na Polski serial, zajebiście! Nieżyczliwi mędzą o drewnianym głównym bohaterze, dziadowskim udźwiękowieniu, a ci bardziej świętoszkowaci dodają jeszcze coś o wulgarności. Odpowiedzi na pytanie „O czym to jest?” jeszcze nie usłyszałem. HBO odpowiada jednym zdaniem: „Perfekcyjnie poukładane życie dilera kokainowego Kuby zmienia się w chaos, gdy z więzienia wychodzi Dario, gangster starej daty”. I to w zasadzie jest pełna odpowiedź. O tym to jest – o niczym więcej ani mniej. Taka mikrohistoria. Skonieczny z Żulczykiem rozciągnęli to jedno zdanie na osiem godzinnych odcinków i jakimś cudem udało im się wyprodukować coś naprawdę oryginalnego – dobry polski serial. Opętanie na ścianie Ślepnąc od świateł to labirynt. Podróżować można przez niego w różnych płaszczyznach. Można dzień po dniu, godzina po godzinie podążać za przewodnikiem, głównym bohaterem, dilerem Kubą, i zwiedzać kolejne kręgi warszawskiej nocy napędzanej kokainą, mefedronem, hipsterską muzyką, pędem do władzy i blaskiem fejmu. Można sobie wydrukować tabloidy z ostatnich pięciu lat, siąść ze znajomymi, którzy pamiętają warszawskie legendy, i rozplątywać zgęszczone postaci, miejscówki i wątki tej powieści z kluczem. Nie zdziwiłbym się, gdyby za chwilę dostępne były wycieczki po stolicy śladami Kuby, Jacka, Stryja i Paziny. Wreszcie można użyć do czegoś tych nazbieranych dyplomów z filmoznawstwa, historii sztuki, kulturoznawstwa i innych ubogacających studiów nad światem, żeby odkodować intertekstualne popisy twórców. Serial jest napakowany odniesieniami do tekstów kultury jak bicki gości wysiadujących na tyłach klubu go-go w jednym z odcinków. Skonieczny cytuje kino, literaturę, telewizję, brukowce – czasem wprost, czasem na chama, a czasem tak się nacytuje, że cytuje już samego siebie. Nawet nie próbuje obudować oczywistych inspiracji Żuławskim, Windingiem Refnem, Gomorrą, czy Sin City jakimś kamuflażem. Żeby było bardziej wprost i celniej między oczy, wiesza w jednej ze scen (piękny zresztą) plakat z Opętania Andrzeja Żuławskiego. I trzeba przyznać, że jest coś imponującego w tej artystycznej bezczelności i autentycznej erudycji. Andrzej Żuławski – po dzikiej stronie wyobraźni czytaj także O dziwo, ta żonglerka stylami, gatunkami i konwencjami nie kończy się filmowym grafomaństwem. Skoniecznemu udaje się zgrać orkiestrę złożoną z debiutujących naturszczyków i aktorskich gigantów, przepleść mocną klubową łupankę Chopinem, a rapsy – Poznańskimi Słowikami. Dla tych, co jeszcze nie widzieli, zaznaczę, że mówimy tu o hybrydzie kryminału noir, thrillera, horroru, baśni, a przez krótką chwilę nawet musicalu. Spójność tym popisom Skoniecznego zapewniają mistrzowskie zdjęcia Michała Englerta, który nie jest chyba wystarczająco komplementowany w niesłabnących zachwytach nad Ślepnąc od świateł. Englert pokazał przy pracy nad filmami Szumowskiej, że potrafi zdjąć kadry romantyczne i ciepłe, a teraz udowodnił, że zadanie dokładnie odwrotne nie jest dla niego żadnym problemem. Ujęcia idyllicznej wsi z W imię i zdjęcia grudniowej, bezlitosnej Warszawy ze Ślepnąc od świateł robią tak samo dobre wrażenie. Mefistofeliczny Dario Skonieczny wystawia na jednej scenie pierwszoligowych aktorów i debiutujących naturszczyków. O ile jednak nawet krytycy serialu piszą z uznaniem o Janie Fryczu wcielającym się w diabolicznego Daria, to decyzja o obsadzeniu Kamila Nożyńskiego w głównej roli dilera Kuby nie znajduje już tak szerokiego zrozumienia. Łysy, podstarzały Dario wychodzi po latach z zakładu karnego i robi gnój w świecie, który poukładał się bez niego. Gangster ze starej szkoły korzysta ze swoistego immunitetu i decyduje się pokazać, że coś jeszcze znaczy w mieście. Chowa się Hannibal Lecter, chowa się czarny charakter z To nie jest kraj dla starych ludzi, chowają się wszyscy psychopaci przepytywani przez policjantów z serialu Mindhunter, kiedy Jan Frycz cedzi frazy Daria. Zaraz za Fryczem tłoczy się cały aktorski zespół, który zasługuje na pochwały. Marta Malikowska jako Pazina, przyjaciółka głównego bohatera, poddańczo od niego zależna. Robert Więckiewicz czyli Jacek, szef Kuby i najważniejszy gracz w przestępczym światku stolicy. Nawet Cezary Pazura, który ostatni poważny aktorski ślad zostawił chyba w poprzednim stuleciu, wchodzi tutaj gładko w różowy garnitur odpychającego celebryty. Chabior i Lubos odgrywają rolę postaci zdegenerowanych, cynicznych, upadłych. Robią więc to, co zawsze, ale tak, że widz nie może mieć wątpliwości, że tylko oni mogli zagrać gangstera Stryja i skorumpowanego policjanta Marka. Gdzie w tej paradzie pierwszoligowego aktorstwa umieścić Nożyńskiego? Skonieczny zwrócił na niego uwagę przy castingu do jednego z wcześniejszych swoich projektów. Debiutant, naturszczyk, amator – to określenia, które można usłyszeć w odniesieniu do głównego bohatera, chociaż kamera na planie serialu HBO nie była dla niego przecież zupełną nowością. Saful, czyli Nożyński, rapuje dobre dziesięć lat w ursynowskim składzie Dixon37. Z drugiej strony to prawda, że rzucanie kwestii do kamery w teledysku to jednak coś innego niż zagranie dramatycznej roli w ośmiogodzinnej produkcji. Czy wachlarz aktorskich umiejętności Nożyńskiego przypomina to, co mają do zaoferowania wyszkoleni na deskach teatru Frycz i Malikowska? Oczywiście, że nie. I bardzo dobrze, bo kto lepiej jak właśnie nie-aktor mógł zagrać niedopasowanego outsidera, który wygodniej czuje się w filharmonii niż łamiąc ręce dłużnikom, czy szantażując właściciela modnego klubu. Słabym punktem serialu są za to postaci kobiece – tak słabym, że aż zagadkowym. Jak można być aż tak dalece niezainteresowanym kobietami jak Żulczyk i Skonieczny? Rozumiem, że półświatek to oczywiście It’s A Man’s Man’s Man’s World ale panowie, warto pamiętać też, że It’s 2018. A w 2018 roku kobiety się biją, sprzedają narkotyki, wciągają je i robią jeszcze kilka innych rzeczy, które autorom kina gangsterskiego zeszłego wieku się nie śniły. W zasadzie to w Ślepnąc od świateł role kobiece są dwie: femme fatale i matka boska. A to, czy nazywają się Pazina, Paulina, Anastazja, Marta, Ewa, Pani Maria (nawiasem mówiąc to w zasadzie wszystkie istotne dla fabuły postaci kobiece) nie ma właściwie znaczenia – i tak mają zagrać opiekunkę albo uwodzicielkę. Po co angażować aktorki formatu Ewy Skibińskiej czy Ilony Ostrowskiej do zagrania kilkuminutowych epizodycznych wtrętów? Nie wiem. W zasadzie to nie tylko z kobiecością, ale i z męskością twórcy Ślepnąc od świateł poradzili sobie umiarkowanie. W serialu nie widać śladu refleksji nad tym, co dzisiaj znaczy „męski” bohater. Kuba to uosobienie tradycyjnego, milczącego wzorca – siłę czerpie z trzymania emocji na wodzy i całego świata pod kontrolą. Trochę skansen. Pod tym względem produkcja HBO wypada blado i to nie w porównaniu z jakimś eksperymentalnym arthouseowym kinem, tylko światowym mainstreamem. Od czasów, kiedy historie Bonda odgrywa Daniel Craig (jak na ironię bliźniaczo podobny do Nożyńskiego) światowy blockbuster funkcjonuje już tylko jako cytat z samego siebie. Z męskością siłują się również scenarzyści światowych hitów srebrnego ekranu. Pozornie trudno o bardziej tradycyjnego bohatera niż tytułowy Ray Donovan odgrywany przez Lieva Schreibera – tam męskość zaczyna jednak intrygująco zgrzytać już w pierwszym sezonie, żeby na przestrzeni kilku następnych spektakularnie się rozpaść i poskładać na nowo, zarówno w historii głównego bohatera, jak również jego braci i wszystkich trzech pokoleń irlandzkiej rodziny Donovanów. Banshee, serial wręcz absurdalnie przepełniony przemocą i świetnymi scenami walki też wrzuca trochę problematycznych kamieni do ogródka tradycyjnej męskości. Gdzie, jak nie w kinie gatunkowym – gangsterskim kryminale w przypadku Ślepnąc od świateł – moglibyśmy lepiej przyjrzeć się, kim w tym mrocznym portrecie Warszawy jest facet? Kolejna stracona szansa. Kuba z detalu Fakt, że główny bohater zajmuje się detalicznym handlem substancjami psychoaktywnymi, jest i w książce, i w serialu w zasadzie przezroczysty. Nie ma tutaj żadnych smętnych rozważań o moralnym wymiarze jego fachu. Jak zostać narkobaronem – w kilku prostych krokach czytaj także Widzimy oczywiście ogrom przemocy piętrzącej się z odcinka na odcinek – koniecznej do utrzymania czarnego rynku w ryzach. Widzimy też zgony po zażyciu gównianej jakości towaru. A wciągają wszyscy. Wciąga pan poseł „od prezesa”, wciąga pani z Konstancina, wciągają hipsterzy grający na PlayStation i ci starsi hipsterzy wsuwający boczniaki à la śledzik na kilka dni przed wigilią. Jasne, że bohaterką Ślepnąc od świateł jest kokaina dostępna za konkretną barierą klasową, a przynajmniej finansową, ale to miła odmiana, zobaczyć w polskiej telewizji inny zestaw użytkowników narkotyków niż nafukane dresy i zbuntowane nastolatki. Sceny zbudowane wokół wciągania dają radę. Zrobiony Maluch dojeżdżający „mefedroniarzy”, któremu wydaje się, że jest królem stolicy? Wyborny. Pan poseł na ciężkiej psychozie? Już bardziej wątpliwy, ale w sumie to nie wiemy dokładnie, jaką mieszanką się uraczył, więc niech będzie. Wreszcie samemu Skoniecznemu należy się owacja na stojąco za rapera Pioruna. Jeśli kiedyś przyznawane będą nagrody Emmy za najlepszy występ w roli „tego irytującego typa, co ma ciśnienie na wciąganie, ale skończył mu się hajs”, to mamy murowanego kandydata. Fraza „Narkotyki, kurwa, to zło” pada w serialu raz, i to z ust głupawego młokosa. To byłoby na tyle jeśli chodzi o dydaktyczne przyzwoitki. Narkotyki w Ślepnąc od świateł po prostu są. Pewnie więcej widzimy ludzi smutnych i zmierzających gdzieś na dno niż zwykłych weekendowych imprezowiczów, ale to nie telenowela, ani raport narkotykowego endżiosa, tylko thriller kryminalny, więc to skrzywienie można Skoniecznemu i Żulczykowi wybaczyć. O czym to jest? I można tak oglądać Ślepnąc od świateł w kółko, jak dobry teledysk albo fajny spektakl naćkany projekcjami wideo i elektroniczną muzyką. Oczywiście byłoby świetnie, gdyby formalna wirtuozeria dopełniona reżyserską brawurą i prawdziwie dramatycznym aktorstwem osadzona była na przejmującej fabule. Ale nie jest. Ostatecznie dostajemy ładniutkie (tak ładniutkie, jakiego jeszcze nie było) story o typie, któremu przed świętami skończył się towar. O tym to jest.
Przez kilka dni zastanawiałem się jak tę książkę ocenić i doszedłem do wniosku, że chyba moje wyobrażenie o niej dość mocno minęły się z realem. Rozumiem cel jaki wyznaczył sobie autor. Chciał on pokazać czytelnikowi jak „od kuchni” wygląda świat celebrytów, brudnych układów towarzyskich, obrzydliwie bogatych ludzi pozbawionych przez nadmiar pieniędzy własnej wartości i godności oraz żerujących na nich handlarzach narkotyków i mafii. Muszę przyznać, że początek książki był zachęcający. Akcja rozwijała się dosyć szybko, opisy były realistyczne. Niestety, jak to mówią: im dalej w las tym więcej drzew. Jacek - główny bohater, ze strony na stronę zaczyna coraz bardziej filozofować, jęczeć, pochlipywać i generalnie rozczulać się nad sobą i złem otaczającego go świata – pretensjonalizm razi w oczy jak wybuch supernowej. Jak on wykorzystywał słabości ludzi to było super i kolorowo, ale gdy tylko sytuacja się odwraca to od razu w oczach Jacka świat narkobiznesu jest tak bardzo niesprawiedliwy i że wulgarny język, opisywane brutalne zachowania i całkowity brak litości czy wyrozumiałości ze strony handlarzy narkotyków realnie oddaje klimat, dodaje autentyzmu i kolorytu całej historii. Niestety po oczach aż biją sztuczne i „plastikowe” dialogi i płaska jak Holandia narracja. Przez większość książki brak jakiejkolwiek sensownej i konkretnej intrygi. Niby coś się dzieje, akcja niby zmierza w jakimś nieokreślonym kierunku, ale w mojej ocenie bardziej to przypomina dreptanie w kółko po bardzo małym książkę można przeczytać, ale moim zdaniem jest to pozycja zdecydowanie przereklamowana (wielkie brawa za PR) i dooopy nie urywa.
Obraz Skoniecznego ma tę wspaniałą cechę, obecną w serialach z najwyższej półki, że nie opowiada tylko historii, ale za jej pomocą stara się nakreślić obraz naszych czasów. Mamy zatem różne kategorie osób, przychodzących do Kuby po białą śmierć – hipsterskich wegan, bananowych dzieciaków, imprezowiczów z pracą, której nie mogliby zrozumieć nasi dziadkowie, raperów, polityków, a także ogólnie pojęty establishment kulturalny. Każdy z tych archetypów posiada konkretną cechę zawodu życiowego. Kokaina występuje tutaj jako chwilowe uśmierzenie bólu egzystencjalnego, aczkolwiek należałoby interpretować schematyzowane postacie w odcięciu od niej. Innymi słowy, jak nieszczęśliwi byliby, gdyby akurat nie dostali działki, czyli co powoduje nimi, że w ogóle tego rodzaju znieczulenia potrzebują. Głównym mianownikiem, łączącym te postaci jest marazm tego lub innego rodzaju. Łączy się od nierozerwalnie z zawodem tą czy inną ideologią, co prowadzi ich do niemożliwości wydostania się z wytartych bohaterowie „Ślepnąc od świateł” znajdują w kokainie element wyostrzenia zastanej rzeczywistości, która zawodzi i w jakiś sposób zbudowanie jej na nowym kłamstwie. Kwestie przetrwania nie mają jednak dla nich żadnego znaczenia, są względnie ustawieni, perspektywiczni, przetrwał w nich jedynie ból natury egzystencjalnej. I jest to jak najbardziej zgodne z tym, co dzieje się w Polsce, czyli zawód związany ze zwróceniem się ku Zachodowi z całym jego kapitalizmem i progresywnością, która jednak nie jest w stanie zaspokoić „lęku i drżenia” obecnego w człowieku. Potrzebne jest coś nieustannie świeżego, żeby nadać kolorów zastanej rzeczywistości. Tym właśnie jest kokaina lub, w innym ujęciu, nowa ideologia, nawet gdy oparta na kłamstwie lub niedookreśleniu, atrakcyjna ze względu na świeżość ukazania codzienności i nadania znaczeniu kwestiom, które wydają się tego znaczenia nie posiadać. Wystarczy spojrzeć na ruchy nacjonalistyczne. Każdy z nich, oparty jest na niedookreślonych imponderabiliach, które wyostrzają potencjalnemu członkowi tych ideologii świat zastany. Nijaki marmur na ścianach nie jest już tylko marmurem, ale częścią modernizującej się Polski. Pseudokibice nie są tylko grupą agresywnych mężczyzn, ale młodymi patriotami wyrażającymi swój polityczny sprzeciw przeciwko Innemu. Skonieczny wykorzystuje kokainę jako ideologię tabula rasa, na której każdy może zapisać cokolwiek chce, jednocześnie pokazując, jak zbliżone jest pragnienie doprowadzające ludzi do różnych wniosków. Jak w zbliżony sposób jesteśmy zawiedzeni naszym stanem doczesnym i jak, mimo różnic, jesteśmy w tym któremu udaje się uniknąć tego poczucia zawodu, jest Dario, główny antagonista serii. Dario jest bohaterem prawie nietzscheańskim, przykładem tego, co zdarzyłoby się, gdyby postawę filozofii życia doprowadzić do ekstremum. Zanurzony w teraźniejszości, nie przywiązuje wagi do tego, co moralne lub obyczajne i nawet gdy pada, zachowuje konsekwencję, która zawsze wydaje się opłacać. Jako mistrz marionetek, w genialnej roli Frycza, panuje nad każdą sytuacją. Jest wyjątkowo podobny do anarchizującego Jokera z trylogii Nolana z tą różnicą, że jego celem nie jest udowodnienie fałszywości „posągowości” i wdrożenie anarchii jako jedynego sprawiedliwego systemu bez kompromisów, ale zdobycie władzy i stworzenie struktury. Choć tak dalekie w swoich celach, postacie te są bardzo podobne w sposobie ich realizacji. To właśnie nietzscheański aspekt Jokera i Daria, odrzucić odgórną moralność, a następnie stworzyć lepszą z punktu widzenia własnego solipsyzmu. I choć amoralność nie równa się immoralności, może do niej doprowadzić. W przypadku Jokera, jego plan skończył się niepowodzeniem ze względu na istnienie innego nadczłowieka, jego antytezy, aczkolwiek zdaje się, że Dario ostatecznie zwycięża. Można powiedzieć, że jego dążenie do stworzenia struktury ostatecznie mu się opłaciło, gdyż mierzył się tylko z innymi, proklamującymi inne struktury, nieporzucenie tych struktur w ciekawym tropem jest motyw potopu. Jest on na tyle interesujący, że proklamuje go przeprowadzający nas przez zaćpaną Warszawę Wergiliusz-Kuba. Zgodnie z Biblią, potop miał być Dies irae, mściwego Boga, karzącego ludzkość za grzechy, by zbudować na nowy, lepszy świat. W tym przypadku Kubę należałoby potraktować jako Adama tęskniącego za rajskim ogrodem, którego egzemplifikacją jest Argentyna, Niestety, rajski ogród skażony jest grzechem, gdyż to właśnie stamtąd pochodzi biała śmierć. Jeszcze wyrazistsza niemożliwość usunięcia przez symbolicznego Adama pierwotnego grzechu wynika z tego, że wprowadzając ów grzech do świata, usposobił do życia inną omnipotencję uosabianą przez Daria. W jednej z onirycznych scen Kuby pojawia się postać Daria. Na niemą prośbę głównego bohatera o zniszczenie tego świata, odpowiada, iż potop jest już nieopłacalny. Postać Szatana-Daria przejmuje poprzez odpowiednie korekty władzę na ziemi, dzięki zwycięstwu w walce z Bogiem i skłonieniu człowieka do ponownego popełnienia grzechu. Sugerują to również obrazy czarnych macek, które są, podobnie jak w Mother! Aronowsky’ego, czarnym, bijącym sercem świata, czy też miasta, karmiącym się każdą możliwą do interpretacji jest dużo więcej, szkatułkowośćtej produkcji zakłada tysiące dróg, którymi można podążać. W tym właśnie tkwi siła tworu Skoniecznego. Świat przedstawiony jest spójny, uderza swoją prawdziwością. Nawet gdy postacie robią coś kompletnie idiotycznego, wynika to z określonej cechy lub okoliczności. Świat przedstawiony wydaje się domknięty, w każdym z jego elementów dostrzec można za każdym razem coś nowego i nietuzinkowego. To produkcja starająca się stworzyć nowy polski krajobraz, który nie jest kinem moralnego niepokoju lub zagryzaniem ogórkami wódki w peerelowskich mieszkaniach. Pokazuje coś aktualnego, wtłacza świeżość w widnokrąg zastanych HBO
Przyznaję, że nie jestem przygotowany do tej recenzji o tyle, że nie czytałem literackiego pierwowzoru spod pióra Jakuba Żulczyka. Pisanie jej na „świeżo”, bezpośrednio po dwudniowej sesji z serialem, też może nie sprzyjać końcowej ocenie. Już teraz, na wstępnie, mogę stwierdzić tylko tyle, że jest ona niejednoznaczna – początkowo celowałem w 7 na 10, ostatecznie formalnie wystawiam 8 na 10, ale nie przywiązujmy do tego większej wagi. Poprzestańmy na stwierdzeniu, że mamy do czynienia z serialem dobrym, a w warunkach polskich – nawet bardzo dobrym. Postaram się pokrótce wyjaśnić, dlaczego tak uważam. Warszawa. Z jakich obrazów najlepiej pamiętam filmową Warszawę? Z serialu Ekstradycja, gdzie była szara i goła, cuchnęła latami 90-tymi. I z Pianisty, gdzie cały jej blichtr i splendor legł na oczach widza w gruzach. Warszawa z serialu Skoniecznego jest niejako miksem tych dwóch „Warszaw” – prostej, niewyszukanej, wręcz prowincjonalnej gangsterki, i bogactwa połączonego z wolnością, które są destruktywne nie tyle dla samej Warszawy, ile jej mieszkańców. Jest to więc Warszawa w ruinie nie tyle faktycznej, ile metaforycznej, co zresztą twórcy sami nam tłumaczą już w pierwszym odcinku, efektownie zatapiając ją w morskiej otchłani. Na tle takiej Warszawy pojawia się Jakub, renomowany diler narkotykowy, jeżdżący swym drogim BMW, jak batman batmobilem ,czy ratownik w „R-ce”. Postać nietypowa: nad wyraz ułożona, na pozór nienaganna, mówiąca wolno i tylko to, co w jej mniemaniu warto powiedzieć. Aż sztuczna. Zresztą tę sztuczność podkreśla wielu widzów, określając debiutującego na ekranie Kamila Nożyńskieo mianem „drewna”, które albo nie poradziło sobie z postawionym zadaniem, albo wypadło blado na tle niemal w całości znakomitego, drugiego planu. Ale w mojej ocenie za dużo w tym serialu pieniędzy, doświadczonych zagranicznych producentów, innych utalentowanych aktorów i generalnie, marketingowej maszynerii, by pozwolić sobie na to, by główny bohater zepsuł cały serial swoim aktorskim beztalenciem. To celowy zabieg, o czym dowiadujemy się w ostatnim odcinku, w rozmowie Kuby z pewną istotną dla całej fabuły postacią. Ta ostatnia scena jest kluczem do zrozumienia całej postaci Kuby i tego, w jaki sposób jest odgrywana przez Nożyńskiego. I wiecie co? Z tą ostatnią sceną – „kluczem” trudno wyobrazić mi sobie ten serial bez drewnianego Nożyńskiego – bo to drewno pod ogień do kominka, który ma skatalizować cały nasz odbiór dzieła. Dobrze, najtrudniejsze za nami. Teraz będzie już z górki. Bo jak inaczej określić grę drugiego planu, jak nie „rewelacyjnie”? Zacznijmy od Więckiewicza. Bałem się bardzo, że znów Więckiewicz zagra Więckiewicza. Lecz Więckiewicz się obronił, kreując postać gangstera na dorobku, który na ekranie nie jest znanym nam z innych obrazów “Więckiewiczem”, to jest: nie jest pijany, nie wygląda na sześćdziesiąt kilka lat, nie wylewa się z niego nihilizm; słowem – Smarzowski nie poznałby kolegi. Serialowy Jacek umie wpaść przekonywująco w furię, w czasie której nie tylko wydaje trzeźwe rozkazy, ale zdobywa się także na trzeźwą refleksję o świecie i ludziach (tu odwołuję do świetnej sceny rozmowy na basenie). Świta z dworu Jacka jest od niego znacznie mroczniejsza, ale musi taka być, skoro są jego „rękami” (bo Jacek nie brudzi sobie rąk). Zakapior o pseudonimie „Stryj”, grany przez Chabiora, to człowiek jedną nogą w latach 90-tych, a drugą w teraźniejszości – myśli i działa prosto, często instynktownie, często niesiony żądzami – pewnie dlatego jest tak przerażający. Gdzie mu jednak do głównego „bad ass’a” całego serialu, czyli gangstera Daria? O roli Jana Frycza wielu napisało wiele, w samych superlatywach, i naprawdę nie muszę tej prawdy powielać. Co zabawne, wiekowo to niemal ta sama postać, co Stryj, ale będąca jego zupełnym zaprzeczeniem; nawet wtedy, kiedy robi rzeczy tak brawurowe i skrajne, finalnie wychodzi na jego. Przeraża swoją zimną bezwzględnością, logiką nie znającą miejsca na sprzeciw, wreszcie tym, że jest jak karaluch, którego trudno zabić kapciem, i który zawsze niespodziewanie wyjdzie ci na spotkanie. Ktoś słusznie napisał, że tą rolą Frycz wykreował być może najlepszą gangsterską kreację w polskim kinie. W mojej ocenie nie są to czcze słowa. Dobre role można wymieniać jeszcze długo, tak dużo tu postaci nad wyraz autentycznych i złożonych. Można co prawda wskazać na słabo podkreślone role kobiece; choć pojawiają się relatywnie często, są normalne w anormalnej Warszawie Żulczyka, a ich zadanie jest tylko jedno – wyciągnąć głównego bohatera z wykreowanego przez niego świata, przyszyć do niego odrobinę normalności i ludzkich uczuć. Tu pojawia się też bardzo odważny oniryzm, w którym dobry sen o wymarzonej przyszłości, gdzieś daleko, gdzie jest spokojnie, kolorowo i ciepło, a u boku jest ukochana kobieta, miesza się z horrorem odnoszącym się do przeszłości. W pewnym momencie oniryzm staje się narkotyczną wizją, ostrożnie przenikając do świata rzeczywistego, i jeszcze bardziej podkreślając jego anormalny wymiar. Przez powyższe zabiegi jest w “Ślepnąc od świateł” sporo metafor, ale ostatecznie wychodzi to serialowi na dobre. Od strony technicznej jest więcej niż poprawnie. Dźwięk, ta zmora polskich filmów, jest nad wyraz dobry i wyraźny, a jeśli czegoś nie słyszymy, to albo z winy dykcji aktorów, albo z winy naszego „szeleszczącego” języka polskiego. Do tego dochodzi muzyka, potrafiąca niespodziewanie zagrać tonami przyjemnie kontrastującymi z obrazem. Dość wspomnieć, że jest tu miejsce zarówno na hip-hop, Chopina, jak i polską muzykę lat 80tych i 90tych. Równie dobrze prezentują się zdjęcia i montaż. Mogę tylko przyczepić się do jednej, nad wyraz statycznej sceny, z niezrozumiałych przeze mnie względów kręconej „z ręki”. Ale to wszystko niknie w bardzo dobrej całości, której najlepszą wizytówką jest scena wesela, trwająca niemal 9 minut i kręcona w całości na jednym ujęciu. Czy to najdłuższa tego typu scena w polskim filmie – nie wiem. Ale robi niesamowite wrażenie, mając na uwadze ilość przewijających się w niej aktorów, dialogów i akcji. “Ślepnąc od świateł” jest wielowymiarowe. To portret mrocznej Warszawy, która jest niczym szachownica z niedbale rozstawionymi pionkami. Jeden z tych pionków, główny bohater, postanawia w pewnym momencie rozpocząć przeciwko tej Warszawie prawdziwą vendettę, zapominając, że sam tę Warszawę współtworzy. Jest to więc vendetta przeciwko jego własnemu światu. Podobną walkę, lecz nie przeciw, lecz na rzecz „tego świata” toczy Dario. Walczy o należną mu reputację i utracone wpływy z dużą zapalczywością, choć tak naprawdę do końca nie wiadomo, dlaczego. To człowiek w głębokiej depresji, samotny, który nagle spotyka na swej drodze innego samotnego człowieka, u którego ta depresja dopiero zaczyna kiełkować. I mimo odpychającego świata i przerażających głównych bohaterów, bardzo chciałoby się zobaczyć, co wyniknie z tego spotkania w kolejnym sezonie. recenzja pierwotnie ukazała się na – z tego miejsca polecam lekturze towarzyszącemu jej Votum separatum autorstwa Marcina. Świetne zdjęcia,Spójna fabuła, Postacie drugoplanowe: Jan Frycz, Robert Więckiewicz, Janusz ChabiorStyl gry głównego bohatera może nie przekonywaćNajlepszy polski serial? W ostatnich latach obrodziło solidnymi polskimi serialami (głównie dzięki zagranicznym koncernom), ale w moim rankingu "Ślepnąc od świateł" zajmuje czołową lokatę.
ślepnąc od świateł chopin